Blog

Ścieżka rozwoju w branży IT – od Programisty do Prezesa

5 maja 2021

Poniższy artykuł jest dla mnie wyjątkowy, ponieważ opisuję w nim własne doświadczenia i wnioski z nich płynące. Robiąc przegląd mojego zawodowego życia wykonuję także pewne podsumowanie tego co się w nim do tej pory wydarzyło. Podsumowanie tym ciekawsze i trudniejsze, że niedawno skończyłem 40 lat i coraz bardziej uświadamiam sobie, że młodszy już nie będę ;-).

Młodzieńcze marzenia

Zaczynając tę opowieść nie będę cofał się do przedszkola czy opowiadał o swoim pierwszym komputerze. Wspomnę tylko, że zanim podjąłem pracę studiowałem Informatykę na Politechnice Śląskiej w Gliwicach. Będąc na drugim lub trzecim roku studiów, czyli mając lat dwadzieścia parę byłem święcie przekonany, że zaraz po studiach założę własną firmę. Zarobię dzięki niej miliony i w wieku lat trzydziestu przejdę na emeryturę skupiając się na czerpaniu radości z życia.

 

Jak się pewnie domyślacie ten plan nie wypalił.  Kiedy myślę o tym teraz to uderzają mnie dwie kwestie. Po pierwsze moja naiwność, że da się tak szybko zarobić duże pieniądze w zasadzie nie wiadomo na czym. Po drugie, to że traktowałem trzydziestolatków za ludzi starych, którzy mogą już iść na emeryturę. 

Pierwsza praca

Nie mniej jednak moja kariera potoczyła się inaczej. Na piątym roku studiów zacząłem szukać pracy i znalazłem ją w Katowickiej firmie Esaprojekt. Była to nieduża spółka posiadająca kilka linii biznesowych. Jedną z nich było tworzenie dedykowanego oprogramowania na zamówienie klienta. Wtedy jeszcze nikt tego tak nie nazywał, ale można powiedzieć, że był to taki ówczesny software house. 

To tam stawiałem pierwsze kroki jako programista, tam popełniałem pierwsze bugi i uczestniczyłem w pierwszych wdrożeniach. Pracując na tym stanowisku szybko zorientowałem się, że oprócz umiejętności technicznych bardzo przydają mi się tzw kompetencje miękkie. Przede wszystkim komunikacja, a także umiejętność zadawania pytań. Nie ma szans żeby napisać jakikolwiek system bez przedyskutowania go z klientem i umiejętnego wypytania o szczegóły.

Moja ścieżka kariery szybko poszła bardziej w stronę analityka i projektanta niż stricte programisty. A po kilku latach zostałem kierownikiem projektów. 

Bardzo mi się podobała ta rola. Pozwalała popatrzyć na to co robiłem do tej pory z trochę innego punktu widzenia – bardziej biznesowego. Okazało się, że projekt jest sukcesem nie tylko wtedy kiedy klient jest zadowolony, ale także wtedy kiedy nam udało się na nim zarobić. Odkryłem wtedy, że każdy projekt to osobne przedsięwzięcie biznesowe. Ma on swój budżet, zasoby, swoje ramy czasowe, umowę, która reguluje wiele elementów. Że po zakończeniu prac programistycznych trzeba jeszcze aplikacje utrzymywać itd itp. 

Oczywiście prowadzenie projektów IT nie jest proste. I nie oszukujmy się tutaj także popełniałem wiele błędów. Pozwoliły mi one jednak wiele się nauczyć i muszę przyznać z perspektywy czasu, że to była bardzo cenna nauka. 

Natomiast po kilku latach bycia project managerem poczułem zmęczenie i pewnego rodzaju wypalenie. Nie wchodząc specjalnie w szczegóły jest to dość stresujące zajęcie. Miałem wrażenie, że jestem wciąż między młotem a kowadłem. Z jednej strony klient, z drugiej zespół którym zarządzam, a jeszcze gdzieś po drodze interes firmy w której pracuję i każda z tych stron miał inne cele i pomysły jak do nich dążyć.

Szczęśliwie w tym momencie pojawił się wakat w dziale sprzedaży i otrzymałem propozycję żeby zająć się tą częścią prowadzenia biznesu. Zastanawiałem się dość krótko i z przyjemnością ją przyjąłem. Będąc PMem zawsze wydawało mi się, że ludzie zajmujący się sprzedaż w zasadzie nic nie robią. Czasem znajdą jakiś projekt, który zbyt pochopnie przyniosą do firmy i potem my w dziale produkcji musimy się z nim borykać i stając na rzęsach spinać budżet i zasuwać żeby zdążyć przed deadlinem robiąc nadgodziny.

Praca w dziale sprzedaży bardzo mi się spodobała. Oczywiście naiwnym było myślenie, że nic tam się nie robi. Pracy było sporo, ale mi ona odpowiadała. Rezultaty działań były widoczne dość szybko. A jeśli coś się nie udało i jakiś temat został przegrany to szybko pojawiał się nowy i człowiek dostał kolejną szansę żeby jednak coś “wygrać”.

W dodatku klienci, z którymi rozmawiałem rzadko mieli do czynienia z handlowcami wyposażonymi w taką wiedzę techniczną i posiadającymi taką zdolność prowadzenia rozmowy jak ja. Często na spotkaniach od razu przeprowadzałem wstępną analizę wymagań i potrafiłem szybko podać pracochłonność i koszt realizacji. Łatwo było zrobić dobre wrażenie i to procentowało.

Po kolejnych kilku latach pracy wciąż w tej samej firmie posiadałem umiejętności z bardzo szerokiego spektrum działalności. Potrafiłem znaleźć klienta i zarządzać zespołem realizującym projekt, a jakby trzeba było to i zakodowałbym też parę linijek kodu źródłowego. No i tak od pewnego czasu kiełkowała w mojej głowie myśl o założeniu własnej firmy.

Evertop

Udało się w 2014 roku, kiedy razem z dwoma wspólnikami – Łukaszem Przepiórą i Michałem Siudyką założyliśmy spółkę Evertop. Co prawda już wcześniej robiliśmy wspólnie pewne projekty na mniejszą lub większą skalę, ale formalnie działalność rozpoczęliśmy w lutym 2014 roku rejestrując spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, której zostałem prezesem.

Na początku skala działania naszej firmy była niewielka. Zatrudniliśmy raptem kilka osób, a powierzchnia naszego biura ograniczała się do dwóch pokoi. Z roku na rok jednak rośliśmy zarówno jeśli chodzi o skład osoby jaki i ilość wynajmowanej powierzchni biurowej, a także, a może przede wszystkim zwiększyliśmy przychody naszej spółki. 

Po siedmiu latach zatrudniamy ponad 50 osób i zajmujemy około 400 m2 w nowoczesnym biurowcu w Chorzowie. Rok 2020 pomimo pandemii i kryzysu udało nam się zakończyć z rekordowym przychodem w okolicy 6 mln zł. Są zatem powody do zadowolenia. 

Bycie właścicielem i zarządzanie firmą to jednak zupełnie inna sprawa niż praca na etacie. Przede wszystkim dlatego, że pracuje się dla siebie. Odpowiedzialność, ale i motywacja są znacznie większe. Na pewno cenne jest to, że się robi to co się lubi. Samemu jest się swoim szefem i nie trzeba się nikomu tłumaczyć jeśli przyjdzie się do pracy pół godziny później.

Inną sprawą jest to, że często pracowałem wieczorami czy w czasie weekendów. Nawet ten artykuł piszę kiedy na zegarku dochodzi północ. 

Wnioski i podsumowanie

Skoro zrobiło się tak późno to czas chyba na kilka wniosków, które przychodzą mi teraz do głowy na podstawie moich doświadczeń i obserwacji.

  1. Chcąc osiągnąć sukces i iść na przód nie można bać się wyzwań tylko trzeba je przyjmować i stawiać im czoła. 
  2. Należy nauczyć się delegować zadania i ufać współpracownikom. Nie można robić wszystkiego samemu nawet jeśli wszystko robi się najlepiej. “Done is better than perfect”.
  3. Należy dbać o tych współpracowników. Zwłaszcza w firmie takiej jak nasza, ludzie to najcenniejszy zasób. Bez nich nie bylibyśmy w stanie zrealizować ani jednego projektu, a co za tym idzie zarobić ani złotówki. 
  4. Warto otaczać się ludźmi mądrzejszymi od siebie i słuchać co mają do powiedzenia. Dzięki temu nie musimy się znać na wszystkim.

I tym optymistycznym akcentem zmierzam do końca artykułu. Dziękuję że do czytaliście do tego miejsca. Jeśli macie swoje przemyślenia lub chcecie o coś zapytać dajcie znać chętnie podyskutuję na ten temat.

Share

Maciej Kotok
Maciej Kotok
Prezes Zarządu Techniczny umysł, który został przedsiębiorcą. Kiedyś programista, designer, analityk i project manager, a obecnie Prezes Zarządu w Evertop. Miłośnik kawy za dnia oraz whisky i wina wieczorową porą.
Przeczytaj inne moje artykuły

logo stopka
Copyright ©2021, Evertop Sp. z o.o. | Polityka prywatności
scroll to top